Berichte | Raporty

Ich bin in Mogadischu aufgewachsen. Als ich 16 Jahre alt war, wurde mein Vater von den Schawab-Milizen getötet. Meine Mutter meinte, dass auch ich nicht mehr sicher sei und bat mich darum, zu fliehen. Ich war völlig auf mich alleine gestellt, denn man konnte auch Freunden nicht trauen. Deshalb verließ ich ohne Geld Somalia, ging zunächst nach Kenia und später nach Äthiopien. Ich musste Geld verdienen und das ging in beiden Ländern nicht. Zwischenzeitlich arbeitete ich als Hilfskraft in Restaurantküchen, aber ich kannte die Sprachen nicht und die Arbeit war immer nur von kurzer Dauer. In Äthiopien lernte ich eine Gruppe somalischer Flüchtlinge kennen, die mir anboten, mich mitzunehmen auf ihrer Flucht nach Europa. Wir durchquerten die Wüsten des Sudan und als ich in Libyen ankam, wurden wir von bewaffneten Banden in Empfang genommen. Einer hielt mir seine Pistole an den Kopf und nahm mir dann meinen Rucksack mit meinem ganzen Hab und Gut weg. Sie steckten uns in dreckige Baracken, wo sie uns wie Tiere hielten. Manchmal bekamen wir zu Essen und zu trinken, manchmal nicht. Sie kamen einfach in unsere Zellen, schlugen und traten uns. Nach zwei Monaten gelang mir die Flucht über eine Mauer, aber ich wurde gleich entdeckt und unter brutalsten Schlägen erneut eingesperrt. Bis dann endlich ein Team des UNHCR auftauchte, uns da herausholte und nach Bengasi in ein Lager brachte. Sie gaben mir auch die Möglichkeit, endlich meine Mutter anzurufen, die nach so vielen Monaten nicht wusste, ob ich noch lebte. Libyen ist ein furchtbares Land. Schwarze werden hier vor allem als potentielle Sklaven gesehen. Als ich in einer Moschee beten wollte, fragte mich der Imam, was ich als „dreckiger Schwarzer“ hier zu suchen habe und warf mich raus. Aber im Lager begegnete ich nach Monaten der Flucht das erste Mal Freunden von mir aus Somalia. Sie nahmen sich meiner an und sie halfen mir auch, die Überfahrt zu finanzieren. Wir starteten bei Tripolis in einem riesigen Schlauchboot, in dem etwa 100 Menschen Platz fanden. Drei Tage waren wir unterwegs, bevor uns vor Lampedusa die italienische Küstenwache aufgriff. Wir begegneten bereits früher einem Schiff und wollten von ihm aufgenommen werden, aber man bespritzte uns mit Wasserstrahlern, so dass das Boot fast gekentert wäre.

In Lampedusa wurde mir gesagt, dass ich die Insel nur verlassen dürfe, wenn ich ihnen erlauben würde, meine Fingerabdrücke zu nehmen. Sie füllten mit mir einen Fragebogen aus, dessen Inhalt ich nicht verstand, den ich aber unterschreiben musste. Niemand befragte mich jedoch zu meiner Flucht. Dennoch war das wohl eine Art Asylantrag, den ich – ohne es richtig zu wissen – unterschrieb. Später wurde ich dann in ein Auffanglager (Santa Catarina) nach Sizilien gebracht, wo ich das erste Mal einen geregelten Tagesablauf hatte. Da wir aber keinerlei Taschengeld bekamen, konnte ich wieder lange Zeit keinen Kontakt mit meiner Mutter aufnehmen. Später kam ich in ein Asylbewerberheim und konnte endlich auch zur Schule gehen. Meine Mitschüler waren sehr nett und ich fühlte mich sehr wohl in der Schule, wo ich eineinhalb Jahre lernen durfte. Allerdings waren einige sehr brutale und unfreundliche Wärter im Heim, die mir das Leben zur Hölle machten.

Einige Wochen vor meiner Abschlussprüfung wurde ich 18 Jahre alt. Meine Situation änderte sich schlagartig. Ich müsse nun das Heim verlassen und würde in ein anderes Heim nach Palermo gebracht, wo ich auch weiter zur Schule gehen könne. Man brachte mich jedoch in ein Camp auf dem Land viele Kilometer von Salerno entfernt und mit nur einem Supermarkt in der Nähe, für den wir Marken bekamen, kein Geld. So konnte ich ohne Geld wieder keinen Kontakt mit meinen Eltern halten und eine Schule gab es hier auch nicht. Ich hätte dort maximal 6 Monate bleiben können, aber was wäre das für eine Perspektive gewesen. Ich wäre nach diesen 6 Monaten ohne Perspektive obdachlos geworden. Ich wollte meinen Schulabschluss in Sizilien machen und noch schnell die Prüfung machen. Deshalb ging ich nach 2 Wochen wieder zurück nach Sizilien. Wer das Heim nach kurzer Zeit verließ, bekam 100 Euro. Damit ging ich zurück und machte meinen Schulabschluss. Italienische Mitschüler nahmen mich in der Zeit bei sich auf. Ich übernachtete fast täglich bei jemandem anderen. Immerhin schaffte ich die Prüfungen und bekam ein Zeugnis. Aber was sollte ich nun machen? Mit einer Duldung ohne Arbeitserlaubnis, ohne Geld, ohne die Möglichkeit zu arbeiten und in der Obdachlosigkeit?

Die Mutter einer meiner Mitschüler sagte mir, ich solle Italien verlassen und nach Deutschland zu gehen. Sie zahlte mir den Zug nach Frankfurt am Main. Dort beantragte ich Asyl und wurde in das Erstaufnahmelager nach Eisenhüttenstadt geschickt. Von dort kam ich in das Asylbewerberheim „Seefichten“ in Frankfurt (Oder). Und auch hier vergeude ich bereits 8 Monate meines Lebens, immer in der „Schwebe“.

Dorastałem w Mogadiszu. Kiedy miałem 16 lat, mój ojciec został zamordowany przez milicję Szawab. Moja mama uważała, że również ja nie jestem już bezpieczny i poprosiła mnie o to, bym uciekł. Byłem zdany wyłącznie na siebie, bo nie można było ufać już nawet przyjaciołom. Dlatego też, zupełnie bez pieniędzy, opuściłem Somalię, udając się najpierw do Kenii, a następnie do Etiopii. Musiałem zacząć zarabiać, ale w obu tych krajach nie było to możliwe. W międzyczasie pracowałem jako pomocnik w kuchni restauracji, ale nie znałem języków i za każdym razem miałem pracę tylko na chwilę. W Etiopii poznałem grupę somalijskich uchodźców, którzy zaproponowali zabrać mnie ze sobą uciekając do Europy. Razem przemierzyliśmy pustynie Sudanu i jak tylko dotarliśmy do Libii, przywitały nas uzbrojone grupy ludzi. Jeden z nich przystawił mi pistolet do głowy, zabierając plecak z całym moim dobytkiem. Zamknęli nas w brudnych barakach, gdzie trzymali nas jak zwierzęta. Czasem dostawaliśmy coś do jedzenia i picia, a czasem nie. Przychodzili po prostu do naszych cel, bili nas i kopali. Po dwóch miesiącach udało mi się uciec przez mur, ale po chwili mnie schwytano, brutalnie pobito i na nowo zamknięto. I tak pozostaliśmy aż do momentu, kiedy pojawili się przedstawiciele UNHCR (Urzędu Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców), uwolnili nas i przewieźli do obozu w Bengasi. Otrzymałem wtedy również możliwość skontaktowania się wreszcie z moją mamą, która od wielu miesięcy nie wiedziała nawet, czy jeszcze żyję. Libia to straszny kraj. Czarni traktowani są tu przede wszystkim jako potencjalni niewolnicy. Kiedy chciałem pomodlić się w meczecie, Imam spytał mnie, czego ja, „brudny czarnuch” tu szukam i wyrzucił mnie. Ale w obozie, po raz pierwszy od kilku miesięcy ucieczki, spotkałem moich przyjaciół z Somalii. Przygarnęli mnie i pomogli sfinansować dalszą przeprawę. Wystartowaliśmy w Trypolisie, w ogromnym pontonie, w którym znalazło się około 100 osób. Płynęliśmy trzy dni aż przed samą Lampeduzą przechwyciła nas włoska straż przybrzeżna. Już wcześniej spotkaliśmy po drodze statek i chcieliśmy żeby przyjął nas na swój pokład, ale zamiast tego zostaliśmy oblani strumieniami wody, tak, że nasza łódź prawie się wywróciła.

Na Lampeduzie powiedziano mi, że nie opuszczę wyspy dopóki nie zostawię swoich odcisków palców. Wypełniono ze mną jakąś ankietę, której treści nie rozumiałem, ale którą musiałem podpisać. Nikt nie pytał mnie jednak o moją ucieczkę. Mimo to, otrzymany dokument był pewnie jakimś rodzajem podania o azyl, który nie rozumiejąc podpisałem. Następnie zostałem przeniesiony do obozu przejściowego (Santa Catarina) na Sycylii, gdzie po raz pierwszy doświadczyłem konkretnego porządku dnia. Ponieważ jednak nie dostawaliśmy tam żadnego kieszonkowego, przez dłuższy czas nie mogłem skontaktować się z moją matką. Później przeniosłem się do ośrodka dla uchodźców i w końcu mogłem także pójść do szkoły. Moi koledzy w szkole byli bardzo mili i czułem się w niej bardzo dobrze, ucząc się przez półtora roku. Jednak w samym ośrodku było kilku bardzo agresywnych i nieprzyjaznych dozorców, którzy zamieniali moje życie w piekło.

Kilka tygodni przed egzaminem końcowym ukończyłem 18 lat. Wtedy moja sytuacja kompletnie się zmieniła. Musiałem opuścić ośrodek i miałem zostać przeniesiony do innego w Palermo, gdzie nadal mógłbym chodzić do szkoły. Przeniesiono mnie jednak do oddalonego o wiele kilometrów od Salerno ośrodka na wsi, w okolicy którego był tylko jeden supermarket, do którego dostawaliśmy jedynie bony. Znowu więc, bez pieniędzy, nie mogłem skontaktować się ze swoimi rodzicami, a w dodatku nie było tam też żadnej szkoły. W ośrodku mogłem zostać maksymalnie 6 miesięcy, ale jaka byłaby to dla mnie perspektywa? Po tych 6 miesiącach stałbym się po prostu bezdomnym. A ja chciałem ukończyć szkołę na Sycylii i jak najszybciej zdać egzamin. Dlatego po dwóch tygodniach wróciłem się na Sycylię. Ten, kto po krótkim pobycie opuszczał ośrodek dla uchodźców, dostawał 100 euro. Za te pieniądze wróciłem i ukończyłem szkołę. W tym czasie przyjęli mnie do siebie moi włoscy koledzy ze szkoły. Prawie codziennie nocowałem u kogoś innego. W końcu zdałem egzaminy i otrzymałem świadectwo. Ale co mogłem robić dalej? Z dokumentem odraczającym deportację, bez pozwolenia na pracę, bez pieniędzy, bez możliwości zarabiania i bez dachu nad głową?

Matka jednego z moich szkolnych kolegów powiedziała mi, że powinieniem opuścić Włochy i udać się do Niemiec. Opłaciła mi pociąg do Frankfurtu nad Menem, gdzie złożyłem wniosek o azyl i zostałem wysłany do obozu przejściowego w Eisenhüttenstadt. Stamtąd przeniesiono mnie do ośrodka dla uchodźców „Seefichten” we Frankfurcie nad Odrą. I tak trwam tu „w zawieszeniu” już 8 miesięcy.

Ich bin am 01.08.1984 in Damaskus / Syrien geboren. Mein Vater ist Zahnarzt und so schlug auch ich nach dem Abitur 2003 in die Ukraine, wo ich bis 2009 mein Zahnarztstudium absolvierte. 2010-2011 hatte ich bereits meine eigene Zahnarztpraxis in Damaskus. Eines Tages wurde ich ganz plötzlich verhaftet und verbrachte 7 Tage im Gefängnis. Mein Vater kaufte mich frei, aber ich weiß bis heute nicht, wieso das geschah. Um solchen Situationen nicht weiter ausgesetzt zu sein, entschloss ich mich zu einem Fachstudium der Kiefernorthopädie in Minsk in Weißrussland.

Als ich 2014 in Minsk das Fachstudium der Kiefernorthopädie abgeschlossen hatte, wollte ich eigentlich in Weißrussland bleiben und arbeiten. Dazu hätte die syrische Botschaft meinen Pass verlängern müssen. Sie verweigerten es mir aber und sagten, dass ich nach Syrien zurückkehren müsse. Da Weißrussland und Syrien miteinander kooperieren, blieb mir nichts anderes übrig, als mit dem Zug nach Terespol in Polen zu fahren, wo ich Asyl beantragte.

7 Tage blieb ich in einer Art Lager für Flüchtlinge in Bielsk Podlaski. Wir waren 8 Personen in einem Zimmer und 2-3 Mal am Tag bekamen wir ein spartanisches Essen. Auf jeder Etage gab es eine Toilette und eine Dusche für etwa 120 Leute. Die ärztliche Versorgung war sehr schlecht. Ich hatte Zahnschmerzen, aber der Arzt sagte mir, sie könnten nur Zähne ziehen, nicht behandeln.

Wer in Polen Asyl beantragt, befindet sich in einer ähnlichen Situation, wie in Spanien. Etwa 3 Jahre muss man auf eine Entscheidung über den Asylantrag warten. Ich hätte in diesem Lager bleiben können mit 20€ Taschengeld im Monat oder mit 160€ monatlich mir selber eine Bleibe inkl. Verpflegung suchen können. Bei Asylanerkennung hätte ich dann sowieso das Camp verlassen müssen und mit weiterhin 160€ monatlich hätte ich nicht einmal ein Zimmer bezahlen können, die Voraussetzung, um überhaupt Arbeit zu finden.

Deshalb nahm ich einen Bus von Warschau nach Berlin.

Im Oktober 2014 kam ich in Frankfurt (Oder) an. Sofort habe ich mich darum bemüht, Deutsch zu lernen und habe die Stufe B1 erreicht. Ich wollte nicht untätig herumsitzen und begann im Dezember 2014 damit, im Rahmen eines 1-Euro-Jobs, andere Flüchtlinge zu den Behörden und zum Arzt zu begleiten, bzw. Englisch-Russisch-Arabisch zu dolmetschen. Wo ich nur kann, helfe ich auch in der vor kurzem gegründeten Solidargemeinschaft von Geflüchteten und Einheimischen.

Urodziłem się 01.08.1984 w Damaszku, w Syrii. Mój ojciec jest dentystą, ja również po maturze w 2003 r. udałem się na Ukrainę, gdzie w 2009 r. ukończyłem studia stomatologiczne. W latach 2010-2011 miałem już nawet swój własny gabinet stomatologiczny w Damaszku. Pewnego dnia, nagle tak po prostu zostałem aresztowany i spędziłem 7 dni w więzieniu. Mój ojciec mnie wykupił, ale do dziś mnie wiem, dlaczego tak się w ogóle stało. By nie być wystawianym na kolejne takie sytuacje, zdecydowałem się na studia specjalistyczne z dziedziny ortodoncji w Mińsku na Białorusi.

Kiedy w 2014 r. ukończyłem studia ortodontyczne w Mińsku, chciałem właściwie zostać i pracować na Białorusi. W tym celu ambasada syryjska musiałaby przedłużyć mój paszport. Odmówiono mi tego jednak, mówiąc, że mam wrócić do Syrii. A ponieważ Białoruś współpracowała z Syrią, nie pozostało mi nic innego, niż pojechać pociągiem do Terespola w Polsce, gdzie złożyłem podanie o azyl.

Siedem dni spędziłem w swego rodzaju obozie dla uchodźców w Bielsku Podlaskim. W jednym pokoju było nas 8 osób i dwa do trech razy dziennie dostawaliśmy spartańskie wyżywienie. Na każdym piętrze była jedna toaleta i jeden prysznic na około 120 osób. Opieka lekarska była bardzo słaba. Bolał mnie ząb, ale lekarz powiedział mi, że może tylko wyrywać zęby, a nie je leczyć.

Ten, kto stara się o azyl w Polsce, znajduje się w podobnej sytuacji, jak w Hiszpanii. Około 3 lata trzeba czekać na decyzję w sprawie przyznania azylu. Mogłem zostać w tym obozie otrzymując miesięcznie 20 € kieszonkowego lub dostawać miesięcznie 160 € i samemu znaleźć sobie schronienie i wyżywienie. Po przyznaniu azylu i tak musiałbym opuścić obóz, a za 160 € miesięcznie nie opłaciłbym nawet pokoju, który był warunkiem, by móc szukać pracy.

Dlatego też wsiadłem do autobusu z Warszawy do Berlina.

W październiku 2014 r. przybyłem do Frankfurtu nad Odrą. Od razu zacząłem uczyć się tu niemieckiego i osiągnąłem poziom B1. Nie chciałem siedzieć bezczynnie, więc w grudniu 2014 r. zacząłem, w ramach pracy za 1 euro, towarzyszyć innym uchodźcom w różnych instytucjach i u lekarza lub tłumaczyć pomiędzy językiem angielskim, rosyjskim i arabskim. Pomagam również, przy czym tylko mogę, w niedawno założonej wspólnocie solidarności uchodźców i miejscowych.

1. Dezember 2006

Der zweite Beigeordnete des Präfekten von Mezam lud den Chef des Dorfes Bawock (ca. 300 Einwohner), um im Falle der Grenzprobleme mit dem Nachbardorf Bali-Nyonga zu schlichten, dessen Vertreter Mbli und Pinyin (die Patriarchen Santa und Bali) anwesend waren.

Das Treffen führte zu keinem Ergebnis. Der Beigeordnete des Präfekten konnte keine Lösung anbieten, die beide Seiten akzeptiert hätten. Es gab weitere Treffen, die alle ergebnislos endeten.

3. März 2007

Der Beigeordnete des Präfekten von Mezam kam mit 5 Polizisten, um das Grenzproblem vor Ort zu lösen, jedoch der Chef von Bali-Nyonga, Pinyin, kam nicht zur vereinbarten Zeit zu dem Treffen, das an der territorialen Grenze beider Dörfer statt fand. Nach mehrstündigen Wartens kam plötzlich eine Horde von 500 jungen Männern mit Stöcken angelaufen, hinter denen sich der Chef des Nachbardorfes versteckte. Sie griffen die um einen Tisch versammelten Männer an und kamen danach in unser Dorf Bawock, wo sie auf uns einschlugen. Die Wunden, die sie uns zufügten, können sie noch immer auf unseren Rücken und Beinen sehen, wir wurden am ganzen Körper verwundet. Abends schickte der Präfekt erneut Polizisten und Ordnungskräfte in unser Dorf, um den Konflikt zu befrieden und Ordnung wiederherzustellen. Sie verhafteten einige der jungen Männer, die meisten konnten sich jedoch im Gebüsch verstecken.

5. März 2007

Morgens um 4 Uhr wurden wir erneut überfallen. Das Nachbardorf hatte die VOMA zur Hilfe gerufen, die mit etwa 400 jungen Männern in unser Dorf eindrangen.

VOMA ist eine Art geheime Sekte, die mit den Dorfältesten des Nachbardorfes kooperierten. Jährlich finden dabei Opferfeste statt, bei denen maskierte Personen auftauchen, die ihre Riten ausüben. Für Menschen aus dem gleichen Familienclan kann die Anwesenheit bei einem solchen Ritus lebensgefährlich werden.

Sie kamen wieder mit ihren Stöcken, schlugen uns und steckten das Dorf in Brand. Während sie Frauen und Kinder gefangen nahmen, töteten sie die Männer an Ort und Stelle mit Jagdgewehren.

Wir hatten das Glück, dass unser Onkel – Mitglied des Ältestenrates unseres Dorfes – ahnte, dass eine Gefahr drohte. Deshalb befahl er meinem Bruder und mir, in die nächstgelegene Stadt, nach Bamenda zu fliehen.

Am nächsten Morgen kamen unsere drei Cousins aus dem Dorf in Bamenda an. Sie weinten und erzählten uns, was passiert war. Die Angreifer hatten unseren Onkel und alle anderen Notablen des Dorfältesten getötet.

Zusammen mit unseren Cousins fuhren wir mit dem Auto in das zentrale Gebiet von Kamerun und wir zogen dann weiter bis nach Dimako, wo unsere Mutter lebt. Sie riet uns, weiter zu ziehen, denn sie fürchtete, dass die Geheimorganisation VOMA uns auch hier finden würde. Wir fuhren also nach Ouli zu ihrem Bruder, unserem anderen Onkel.

Wir mussten irgendwie Geld zum Leben verdienen und fanden heraus, dass man in der zentralafrikanischen Stadt Bouar gut mit Motorradersatzteilen handeln konnte. Wir richteten dort eine Art Kiosk mit Reparaturwerkstatt ein. Wir lebten dort von 2007 – 2013 außerhalb von Kamerun, wohin wir aus Furcht vor der VOMA nicht mehr zurückkehrten.

Am 24. März 2013
begann in Zentralafrika der Bürgerkrieg, die Rebellen der SELEKA-Allianz übernahmen die Macht in der Hauptstadt Bangui. Das gesamte Land verfiel in totale Anarchie. Die Rebellen zerstörten unseren Kiosk alleine deshalb, weil wir Ausländer waren, sie schlugen wahllos zu und vergewaltigten Frauen.

Wir entschlossen uns nun, endgültig Afrika zu verlassen, das Leben wurde zu gefährlich. Wir hatten eigentlich nie vorgehabt, nach Europa zu gehen, aber es gab nirgendwo mehr Sicherheit in der Region.

Wir mussten uns erst quer durch den Norden Kameruns wagen, wo gerade in den Grenzregionen die islamistische Terrororganisation Boku-Haram wütete. Das ging nur mit erfahrenen Schmugglern, die uns sicher durch diese Gebiete führten. Wir durchquerten Nigeria, Niger, um durch die algerische Wüste nach Marokko zu gelangen. Da man uns nur gegen Bezahlung mitnahm, mussten wir immer wieder hier und da mit einfachen Arbeiten (Reparaturen, Wasser holen) Geld verdienen. Die religiöse Diskriminierung wurde ab Niger immer bedrohlicher, aber auch schon in Nigeria wurden wir als Ausländer feindselig behandelt. Bei einer „Polizeikontrolle“ durchwühlten die so genannten Polizisten meinen großen Seesack und nahmen sich einfach mein Geld und meine Hosen. Die Schleuser waren Tuareg, die möglicherweise auch mit der Boku-Haram kooperieren, denn sie waren extrem bewaffnet und fuhren Landrover.

Als wir nach einer sehr gefährlichen Reise in Tanger ankamen, orientierten wir uns, wie wir ohne viel Geld die Meerenge von Gibraltar überqueren könnten. Wir legten dann zu acht Personen Geld zusammen, um uns ein Schlauchboot zu kaufen.

Für die Reise von Zentralafrika brauchten wir 4 Monate und den Rest der Zeit verbrachten wir in Tanger damit, das Geld für das Boot zu verdienen und die Meeresströmungen zu studieren.

24. November 2013

Wir verließen Tanger mit einem Taxi, das uns an die Stelle der Küste brachte, von der aus wir um vier Uhr morgens mit dem Schlauchboot unsere Überfahrt starteten. Wir ruderten etwa sieben Stunden, bis uns gegen elf Uhr ein Boot des Spanischen Roten Kreuzes aufgriff.

1 grudnia 2006 r.

Drugi zastępca prefekta Mezamu zaprosił przewodniczącego wsi Bawock (liczącej ok. 300 mieszkańców), by załagodzić sytuację w przypadku problemów przygranicznych z sąsiedzką wsią Bali-Nyonga, której przedstawiciele Mbli i Pinyin (patriarchowie Santa oraz Bali) również byli obecni.

Spotkanie nie przyniosło żadnego rezultatu. Zastępca prefekta nie mógł zaproponować żadnego rozwiązania, które obie strony mogłyby zaakceptować. Obyły się również kolejne spotkania, ale wszystkie zakończyły się niepowodzeniem.

3 marca 2007 r.

Zastępca prefekta Mezamu pojawił się wraz z pięcioma policjantami, by rozwiązać na miejscu problemy przygraniczne, jednak przewodniczący wsi Bali-Nyonga, Pinyin, nie pojawił się w umówionym czasie na spotkaniu, które odbywało się na granicy terytorialnej obu wsi. Po wielogodzinnym czekaniu nadbiegła nagle horda pięciuset młodych mężczyzn z kijami, za którymi ukrywał się przewodniczący sąsiedzkiej wsi. Zaatakowali zebranych wokół stołu mężczyzn, a następnie przedarli się do naszej wsi Bawock, gdzie nas pobili. Rany, które nam zadali, nadal są widoczne na naszych plecach i nogach, poranione były całe nasze ciała. Wieczorem prefekt ponownie wysłał do naszej wsi policjantów i służby porządkowe, by zażegnać konflikt i na nowo przywrócić porządek. Zaaresztowano kilku młodych mężczyzn, większości jednak udało się ukryć.

5 marca 2007 r.

O godzinie 4:00 nad ranem znów na nas napadnięto. Sąsiednia wieś zawołała na pomoć VOMĘ, która pod postacią około 400 młodych mężczyzn wdarła się do naszej wsi.

VOMA jest swego rodzaju tajną sektą, współpracującą ze starszyzną sąsiedniej wsi. Co roku organizuje uroczystości ofiarne, na których pojawiają się zamaskowane osoby, wykonujące swoje rytuały. Dla ludzi z tego samego klanu rodzinnego udział w takich rytuałach może być śmiertelnie niebezpieczny.

Wrogowie pojawili się ze swoimi kijami po raz kolejny, pobili nas i podpalili wieś. Podczas gdy brali do niewoli kobiety i dzieci, mężczyzn zabijali na miejscu z broni myśliwskiej. Mieliśmy szczęście, że nasz wujek – członek rady starszych naszej wsi – przeczuwał, że grozi nam niebezpieczeństwo i dlatego rozkazał mi i mojemu bratu uciekać do najbliższego miasta o nazwie Bamenda.

Następnego ranka ze wsi do Bamendy dotarlli nasi trzej kuzyni. Płakali i opowiedzieli nam, co się wydarzyło. Napastnicy zamordowali naszego wujka i wszystkie inne, ważne osoby starszyzny wsi.

Wspólnie z kuzynem pojechaliśmy samochodem do Środkowego Kamerunu, a potem dalej, aż do Dimako, gdzie mieszka nasza matka. Poradziła nam, żebyśmy uciekali dalej, ponieważ bała się, że tajna oragnizacja VOMA znajdzie nas również tu. Pojechaliśmy więc do Ouli, do jej brata, a naszego drugiego wujka.

W jakiś sposób musieliśmy zarabiać pieniądze na życie i stwierdziliśmy, że w położonym w Afryce Środkowej mieście Bouar można całkiem dobrze handlować częściami zamiennymi do motorów. Otworzyliśmy więc swego rodzaju kiosk z warsztatem naprawczym. Żyliśmy tam w latach 2007 – 2013, poza granicami Kamerunu, dokąd ze strachu przed VOMĄ już nie wróciliśmy.

24 marca 2013 r. w Afryce Środkowej wybuchła wojna domowa, a rebelianci koalicji SELEKA przejęli władzę w stolicy Bangui. Cały kraj popadł w całkowitą anarchię. Rebelianci zniszczyli nasz kiosk tylko dlatego, że byliśmy obcokrajowcami, atakowali wszystkich bez wyboru i gwałcili kobiety.

Zadecydowaliśmy więc, by ostatecznie opuścić Afrykę, ponieważ życie stało się tu zbyt niebezpieczne. Właściwie nigdy nie planowaliśmy przenosić się do Europy, ale nigdzie w regionie nie było już bezpiecznie.

Najpierw musieliśmy przedostać się przez północny Kamerun, gdzie w regionie przygranicznym właśnie szalała islamistyczna organizacja terrorystyczna Boko Haram. Było to możliwe jedynie z doświadczonymi przemytnikami, którzy bezpiecznie przeprowadzili nas przez te terytoria. Przez Nigerię, Niger i algierską pustynię przedostaliśmy się do Maroka. A ponieważ było to możliwe tylko za opłatą, wciąż musieliśmy podejmować się prostych prac, jak naprawy, czy przynoszenie wody. Od Nigru dyskryminacja religijna była coraz bardziej widoczna i groźna, jednak już w Nigerii traktowani byliśmy jako obcokrajowcy wrogo. Podczas jednej z „policyjnych kontroli” tak zwani policjanci bardzo dokładnie przeszukali mój duży worek żeglarski i po prostu zabrali mi pieniądze i spodnie. Przemytnikami byli Tuaregowie, którzy prawdopodobnie również współpracują z Boko Haram, ponieważ byli bardzo dobrze uzbrojeni i jeździli Landroverami.

Kiedy po bardzo niebezpiecznej podróży przybyliśmy do Tangeru, zaczęliśmy rozglądać się za tym, w jaki sposób, z niewielką ilością pieniędzy, możemy przedostać się przez Cieśninę Gibraltarską. W osiem osób postanowiliśmy złożyć się na kupno wspólnego pontonu.

Na naszą podróż z Afryki centralnej potrzebowaliśmy czterech miesiący, a resztę czasu spędziliśmy w Tangerze, by zarabiając, uzbierać pieniądze na łódkę oraz by przestudiować prądy morskie.

24 listopada 2013 r.

Z Tangeru wyjechaliśmy taksówką, która zawiozła nas na wybrzeże, skąd wyruszyliśmy naszym pontonem o czwartej rano. Wiosłowaliśmy około siedem godzin, aż około godziny 11:00 przejęła nas łódź hiszpańskiego Czerwonego Krzyża.

Ich bin 1991 geboren und ich komme aus Buulobarde, etwa 200 Kilometer von Mogadischu gelegen. Ursprünglich aber komme ich aus einem in Nordsomalia gelegenen Dorf, das wir aber schon verlassen mussten, als ich erst 7 Jahre alt war. Der ganze Norden ist jetzt fest in der Hand der Al-Shaabab Milizen.

Ich habe die Mittlere Reife absolviert und danach habe ich meinem Vater beim Unterrichten geholfen. Er war Religionslehrer in einer Schule. Aber auch meiner Mutter half ich öfter, denn sie betrieb einen Lebensmittelladen in der Stadt. Eines Tages kam mein Vater aufgeregt nach Hause. Im Gottesdienst in der Moschee half er öfters dem Iman und hatte sich dort öffentlich negativ über die Al-Shaabab Milizen geäußert. Kurz darauf erhielt er eine anonym abgeschickte SMS, dass er diese Woche nicht überleben würde. Wie ich später von meiner Mutter erfuhr, wollte er sich verstecken, ohne uns Kinder darüber zu informieren. Aber die Al-Shaabab kamen ihm zuvor. Ich kam abends aus dem Lebensmittelladen nach hause und fand meine Mutter und meine 3 Schwestern in Tränen aufgelöst vor. Mein Vater war von den Al-Shaabab Milizen abgeholt worden. Am darauffolgenden Tag fanden Nachbarn die Leiche meines Vaters auf der Straße. Er lag auf dem Bauch und seinen abgeschnittenen Kopf hatten sie auf seinen Rücken gelegt. Meine Nachbarn verhinderten, dass ich das sehen musste.

Ich übernahm dann den Religionsunterricht in der Schule ganz, aber nach einem Monat kamen Vertreter der Al-Shaabab Milizen zu mir und sagten, ich solle mit ihnen mitkommen, um zu kämpfen. Aus Angst sagte ich zu und gab vor, vorher noch etwas erledigen zu müssen. Sie waren einverstanden, sich in 2 Tagen mit mir zu treffen und mich dann zu einer militärischen Ausbildung mitzunehmen. Sofort erzählte ich davon meiner Mutter und wir sprachen über das Dilemma, dass sie mich töten würden, wie meinen Vater, wenn ich nicht mitkommen würde. Wenn ich aber mitkommen würde, müsste ich in ihrem Namen selber unschuldige Menschen töten.

Meine Mutter gab mir ihre mühsam ersparten 200 Dollar und sie schickte mich zu Bekannten nach Nairobi in Kenia. Dort fand ich Unterkunft und Verpflegung für 100 Dollar im Monat. Ich fand keine Arbeit und so rief ich meine Mutter an, dass ich mit den verbliebenen 100 Dollar maximal 1 Monat in Nairobi bleiben könne. Meine Mutter rief daraufhin meinen Onkel in London an. Er schickte mir Geld, so dass ich nach Teheran fliegen konnte. Von dort nahm ich einen Bus nach Isfahan und dann ging ich weiter zu Fuß oder per Anhalter bis zur türkischen Grenze. Dort fand ich mit der Unterstützung anderer Somalier einen Schlepper, der mich für 500 Dollar über die Grenze schmuggelte, von wo mich weitere Schlepper im Kofferraum bis nach Istanbul brachten. Vorher zerriss er meinen somalischen Pass. Nun war ich ohne einen Pfennig Geld in Istanbul. Aber auch hier begegnete ich Somaliern, die mir weiter halfen. Sie nahmen mich mit nach Ankara, wo ich als Packer und Lastenträger arbeitete, bis ich mir die Schulter auskugelte. Bis heute kann ich mit meiner rechten Hand keine Lasten mehr anheben. Wieder brachten mich Somalier nach Antalya und mit dem erarbeiteten Geld konnte ich Schlepper bezahlen, die mich auf eine 6-tägige Odyssee quer über das Mittelmeer mitnahmen.

Mit 56 Personen war ich im Rumpf eines Schiffes versteckt, das unter italienischer Flagge fuhr. 2 mit Eisenstangen bewaffnete Schlepper bewachten uns und schlugen damit zu, wenn jemand redete. Wir erhielten während der ganzen Überfahrt nur Biscuits und Wasser. Nachts kamen wir vor der italienischen Küste an. Dort bekamen wir Schutzwesten und mussten dann ins Wasser springen und schwammen etwa 100 Meter zu einer kleinen vorgelagerten Insel, wo uns am nächsten Tag die Polizei aufgriff. Den Namen des Ortes habe ich mir nicht gemerkt. Wir erhielten Umhängeschilder, auf die wir unsere Namen schreiben mussten. Dann wurden uns Fingerabdrücke abgenommen und ich wurde nach Siracusa in ein Flüchtlingslager gebracht, wo ich 6 Monate blieb. Ich erhielt ein Dokument mit der Aufschrift „C3“, aber ich weiß nicht, was das bedeutet. Die Unterbringung war katastrophal. 12 Personen waren in Etagenbetten in einem Zimmer untergebracht. Wir erhielten 3 x täglich etwas zu essen: morgens ein Glas Milch, mittags Pasta und abends Pasta. Ich wurde krank und als ich nach einem Arzt fragte, sagte man mir, dass ich keinen Arzt bräuchte, solange ich noch gehen könne. Wir durften zwar tagsüber das Camp verlassen, aber ein Taschengeld gab es nicht.

Nach 6 Monaten wurde ich wieder für 6 Monate in ein Camp nach Castelnuovo di Porto bei Rom gebracht. Dort waren nur 8 Personen in einem Raum in Etagenbetten untergebracht. Das Essen war aber ähnlich schlecht und es kam zu Protesten im Lager. Auf einer Überwachungskamera war ich zu sehen und deshalb wurde ich aufgerufen und musste das Camp verlassen. Das war im Juni 2013. Ich wurde mit einem weiteren Dokument auf die Straße gesetzt, in dem stand, das ich in 3 Monaten das Land zu verlassen habe. Im Ort konnte ich zweimal täglich bei der Caritas essen und schlief manchmal in privaten Gärten, manchmal gelang es mir, heimlich ins Camp zu gelangen und schlief in einem Zimmer auf dem Fußboden. Weitere 6 Monate ging das so, bis ich einen wohlhabenden Somalier kennen lernte, der in Norwegen lebte und als Tourist in Rom lebte. Er gab mir 100€, damit ich mir eine Fahrkarte für einen Reisebus nach Frankfurt am Main kaufen konnte. So gelangte ich nach Deutschland.

Urodziłem się w 1991 roku i przybyłem tu z Buulobarde, oddalonego około 200 kilometrów od Mogadiszu. Pochodzę jednak z położonej w północnej Somalii wsi, którą musieliśmy opuścić, kiedy miałem siedem lat. Cała północ Somalii jest teraz w rękach organizacji militarnej Asz-Szabab.

Ukończyłem gimnazjum, a potem pomagałem mojemu ojcu, który był w szkole nauczycielem religii, w prowadzeniu lekcji. Częściej pomagałem również mojej mamie, która prowadziła w mieście sklep spożywczy. Pewnego dnia mój ojciec przyszedł do domu zdenerwowany. Często podczas nabożeństwa w meczecie pomagał Imamowi i wypowiadał się tam negatywnie o milicji Asz-Szabab. Krótko potem otrzymał anonimową wiadomość SMS, że do końca tygodnia nie będzie żyć. Jak potem dowiedziałem się od mojej mamy, chciał się gdzieś ukryć, bez informowania o tym nas, dzieci. Ale Asz-Szabab go uprzedziła. Kiedy wieczorem wróciłem ze sklepu do domu, zastałem w rozpaczy moją mamę i trzy siostry. Milicja Asz-Szabab zabrała mojego ojca. Następnego dnia sąsiedzi znaleźli jego ciało na ulicy. Leżał na brzuchu, a obcięta głowa leżała na jego plecach. Sąsiedzi uniemożliwili mi zobaczenie tego.

Przejąłem wtedy samodzielne prowadzenie lekcji religii w szkole, ale po miesiącu przyszli do mnie przedstawiciele milicji Asz-Szabab i powiedzieli, że powienienem do nich dołączyć, żeby walczyć. Ze strachu obiecałem im to, mówiąc jednocześnie, że przedtem muszę jeszcze coś załatwić. Zgodzili się, żeby spotkać się ze mną znów za dwa dni i zabrać mnie na szkolenie militarne. Od razu opowiedziałem o tym mamie i razem stwierdziliśmy, że zabiją mnie, tak jak mojego ojca, jeśli z nimi nie pójdę. Jeśli jednak dołączyłbym do nich, musiałbym w ich imieniu zabijać takich samych niewinnych ludzi.

Moja mama dała mi swoje z trudem zaoszczędzone 200 dolarów i wysłała mnie do znajomych, do Nairobi w Kenii. Tam znalazłem nocleg i wyżywienie za 100 dolarów miesięcznie. Nie dostałem jednak żadnej pracy, więc zadzwoniłem do mamy i powiedziałem, że za pozostałe 100 dolarów będę mógł zostać w Nairobi najwyżej jeden miesiąc. Mama zadzwoniła wtedy do mojego wujka w Londynie, który następnie wysłał mi pieniądze, żebym mógł polecieć do Teheranu. Stamtąd pojechałem autobusem do Isfahan, a dalej szedłem piechotą lub jechałem autostopem aż do tureckiej granicy. Tam, z pomocą innego Somalijczyka, znalazłem przemytnika, który za 500 dolarów przewiózł mnie przez granicę, skąd kolejni przemytnicy zawieźli mnie w walizce aż do Istanbułu. Przedtem jednak podarli mój somalijski paszport. W ten sposób bez grosza wylądowałem w Istanbule. Ale również tu spotkałem Somalijczyków, którzy mi pomogli. Zabrali mnie do Ankary, gdzie mogłem pracować jako pakowacz i tragarz aż do momentu, kiedy zwichnąłem sobie ramię. Do dziś nie mogę prawą ręką podnosić żadnych ciężarów. Somalijczycy zawieźli mnie następnie do Antalii, gdzie za zarobione pieniądze mogłem opłacić kolejnych przemytników, którzy zabrali mnie w sześciodniową przeprawę przez Morze Śródziemne.

Wraz z innymi 56 osobami ukrywałem się w kadłubie płynącego pod włoską flagą statku. Pilnowało nas dwóch przemytników uzbrojonych w żelazne pręty, którymi bili, kiedy ktoś rozmawiał. Podczas całej przeprawy dostawaliśmy tylko ciastka i wodę. Nocą dopłynęliśmy do włoskiego wybrzeża. Dostaliśmy tam kamizelki ratunkowe, po czym musieliśmy wskoczyć do wody i popłynąć około 100 metrów do małej, położonej przed nami wysepki, gdzie następnego dnia znalazła nas policja. Nie zapamiętałem nazwy tego miejsca. Dostaliśmy zawieszane tabliczki, na których musieliśmy napisać swoje nazwiska. Następnie wzięto od nas odciski palców, a mnie przewieziono do ośrodka dla uchodźców w Syrakuzach, gdzie zostałem przez 6 miesięcy. Otrzymałem tam dokument oznaczony symbolem „C3”, ale do dziś nie wiem co on oznacza. Warunki w ośrodku były katastrofalne. 12 osób zakwaterowanych było na piętrowych łóżkach w jednym pokoju. Trzy razy dziennie dostawaliśmy coś do jedzenia: rano szklankę mleka, a na obiad i kolację makaron. Zachorowałem, a kiedy spytałem o lekarza, powiedziano mi, że dopóki mogę chodzić, nie potrzebuję żadnego lekarza. W ciągu dnia mogliśmy wprawdzie opuszczać ośrodek, ale nie dostawaliśmy żadnego kieszonkowego.

Po 6 miesiącach zostałem przeniesiony na kolejne 6 miesięcy do obozu Castelnuovo di Porto niedaleko Rzymu. Tam, w jednym pokoju z piętrowymi łóżkami było zakwaterowanych tylko 8 osób. Jedzenie było jednak równie złe i doszło do protestów w ośrodku. Byłem widoczny na jednej z obserwujących nas kamer, więc wezwano mnie i musiałem opuścić ośrodek. To było w czerwcu 2013 r. Znalazłem się na ulicy z jakimś kolejnym dokumentem, na którym widniała informacja, że muszę opuścić kraj w ciągu następnych trzech miesięcy. W miejscowości, w której byłem, dwa razy dziennie dostawałem posiłki od Caritasu. Często spałem w prywatnych ogrodach, a czasami udawało mi się potajemnie przedostać do ośrodka i spać w jakimś pokoju na podłodze. Tak wyglądało moje życie przez kolejne 6 miesięcy, aż poznałem pewnego zamożnego Somalijczyka, który mieszkał w Norwegii i przyjechał do Rzymu jako turysta. Dał mi 100 euro, żebym mógł sobie kupić bilet na autobus do Frankfurtu nad Menem i w ten sposób trafiłem do Niemiec.